Tak kiedyś bawiono się na śniegu! Sanki, górki, bitwy na śnieżki. Niezwykłe zdjęcia sprzed lat. "Wyciągajmy dzieci na ślizgawki"

Agnieszka Kamińska
Agnieszka Kamińska

Wideo

Zobacz galerię (22 zdjęcia)
Mam wrażenie, że dzieci tkwią w kwarantannie nie tylko teraz, gdy walczymy z pandemią, one przebywają w niej już od dawna. Chciałbym, żeby rodzice wyciągnęli dzieciaki na ślizgawki, górki, zbudowali im skocznie narciarskie, wyszli z nimi na zwykły spacer. To by była wielka szkoda, gdyby dzieci miały spędzić ferie, albo szerzej – dzieciństwo, przykute do komputerów – mówi Andrzej Wolański, emerytowany nauczyciel języka polskiego, mieszkający na Kociewiu.

Sanki, górki, bitwy na śnieżki - tak się kiedyś bawiono na śniegu. Zobaczcie archiwalne zdjęcia!

Dzieci ze względu na pandemię tegoroczne ferie spędzą przede wszystkim w domach. Co prawda rząd nieco złagodził restrykcje i pozwolił na to, by od godziny 8 do 16 mogły przebywać poza domem bez opieki dorosłych. Możliwy jest też ich udział w półkoloniach organizowanych przez szkoły. Natomiast hotele, kina, baseny, stoki narciarskie są zamknięte na cztery spusty. Niektórzy rodzice mówią, że nie wiedzą, co zaproponować dzieciom w czasie ferii. Pan miałby jakieś pomysły?

Miliony! Nie mogę już słuchać tego biadolenia, że nie wiadomo, co zrobić z dziećmi, bo jest pandemia. Kompletnie nie rozumiem tych utyskiwań. Sam już nie wiem, czy rodzice są teraz tacy zabiegani, że nie mają chwili, żeby dzieciakom coś podsunąć, czy też tacy wygodniccy i mało kreatywni. Zamknięcie stoków nagle urasta do tragedii narodowej, bo nie ma gdzie jechać na ferie. Tyle mówi się o tym, że rodzice spędzają tak mało czasu ze swoimi dziećmi. A gdy teraz jest okazja na wspólne zabawy, to są przerażeni i nie mają pojęcia, co z tym dzieckiem zrobić. Najchętniej posadziliby je na cały dzień przed komputerem, żeby mieć spokój.

Muszą pracować, mają kredyty, boją się zwolnień. Czasy są niepewne.

To prawda i współczuję rodzicom. Ale czasem trzeba zadać sobie pytanie, co jest ważniejsze – dziecko czy praca. Cóż nam po dobrym zarobku, jeśli trzeba będzie walczyć z depresją dziecka. A czasy jak to czasy. One rzadko są pewne. Moje dzieciństwo przypadło na czas powojenny, wychowywałem się na wsi pod Starogardem Gdańskim. To były bardzo trudne czasy, ale nie mogę powiedzieć, że moje dzieciństwo było nieszczęśliwe. Dzieci przede wszystkim pracowały. Do moich zadań należało zajmowanie się królikami i kozami. Organizowałem też opał. Z siostrą w zimie szliśmy do lasu. Nie można było ściąć drzewa, ale można było zabrać suche gałęzie lub jeśli zwisały, ściągnąć je z drzewa. Mieliśmy specjalny hak umocowany do drąga, którym strącaliśmy suche gałęzie. Zbieraliśmy też szyszki. Opał woziliśmy na sankach. Całe dnie, w trzaskającym mrozie, spędzaliśmy na poszukiwaniu czegoś, co dałoby się spalić w piecu. Czasem płakaliśmy z zimna. Zaciskaliśmy zęby i te obładowane sanki ciągnęliśmy po zaspach. Korowaliśmy też drewno w tartaku. Nie było nas stać na kupno pełnowartościowego opału, właściciel tartaku pozwolił nam na zdzieranie kory z pni, która doskonale nadawała się do palenia. Wszystkie dzieci z mojej ulicy pracowały, wszyscy byliśmy równo biedni. Ale po robocie wspaniale się bawiliśmy.


W co, jeśli trudno było o zabawki i sprzęty sportowe?

W wojnę oczywiście. Zima do tej zabawy świetnie się nadawała, bo nie brakowało amunicji w postaci śniegowych kulek. Ze śniegu budowaliśmy fortyfikacje, z czasem coraz bardziej skomplikowane. To było coś wspaniałego. Robiło się w zaspach tunele, sekretne przejścia, schody. Z tafli lodowych lub kostek zmarzniętego śniegu budowaliśmy mury. Dzieci dzieliły się na dwie grupy. Jedna atakowała drugą śnieżkami. Grupa atakująca fortyfikację musiała ją zdobyć, pokonać obrońców. Walka była zacięta i bardzo często krwawa. Ktoś dostał w głowę kawałkiem lodu, komuś innemu śnieżka wybiła ząb. Mniejsze dzieci darły się wniebogłosy, bo dostawały baty. Z powodu niezdarności i braku doświadczenia w śniegowych bojach stawały się celem zaciętych ataków. Nieuczciwi wojownicy wkładali do śnieżek kamienie. Dostawało się też dorosłym, którzy znaleźli się w polu rażenia śniegowej amunicji. Sąsiadka goniła nas grożąc kijem, bo oberwała w głowę. A musi pani wiedzieć, że była ta osoba niezwykle dbająca o wygląd. Cios był tak niefortunny, że zniszczył jej misternie sporządzonego i czymś usztywnionego wysokiego koka. Choć muszę powiedzieć, że przypominał on raczej słup na głowie. Po owym incydencie sąsiadka, niczym topielica z rozwianymi, splątanymi i bardzo długimi włosami, goniła nas, gubiąc te wszystkie wsuwki i spinki. Miała wściekłość w oczach. Wrzeszczała, że kilka godzin układania włosów poszło na marne. Bardzo jej się baliśmy. Obie drużyny wojowników uciekały przed nią do domów bardzo głośno krzycząc.

Podczas bitwy na śnieżki dzieliliście się na Niemców i Polaków?

Rzadko, bo nikt nie chciał być Niemcem. Pomysły bywały różne, czasem niektórzy byli diabłami, a inni aniołami. Diabły miały wysmarowane błotem lub węglem twarze, a anioły powtykane w czapki gęsie pióra. Dzieci wolały być diabłami niż Niemcami. Najczęściej jednak byliśmy dwiema drużynami rycerzy i każda miała swojego króla. Z takich zabaw wracaliśmy do domu umordowani, mokrzy od śniegu, z czerwonymi rumieńcami na twarzach. A muszę dodać, że dziewczynki bawiły się z nami. Dobrze wspominam te zabawy. Trzeba było stworzyć w wyobraźni świat. To był pewnego rodzaju teatr z postaciami, scenografią, kwestiami do wypowiedzenia. Nowe pomysły na sceny i bohaterów rodziły się błyskawicznie, w czasie zabawy. Każdy dzieciak wiedział co powiedzieć, chociaż nie spisywaliśmy scen i na nie się nie umawialiśmy, to była czysta improwizacja. Nie oglądaliśmy filmów, niewielu z nas miało książki inne niż te do nabożeństwa. Ale były opowieści i to one nas inspirowały. Pamiętam, jak w zimowe wieczory sąsiedzi z dziećmi odwiedzali się wzajemnie. Siadali przy stole, przy lampie naftowej. Dorośli grali w karty, pili bimber i opowiadali niestworzone rzeczy - bajki, legendy, mówili o faktach z przeszłości, które mieszały się im z fikcją. Pokazywali stare ryciny z rycerzami. Do dziś nie wiem, skąd sąsiedzi je mieli i znali takie opowieści. To nie byli ludzie wykształceni, wielu z nich miało problemy z czytaniem. Pewnie powtarzali to, co słyszeli od innych. Najbardziej jednak wsłuchiwaliśmy się w opowieści o duchach. Opowiadający widząc nasze zainteresowanie, chcą je jeszcze bardziej podkręcić, zaznaczał, że to nie są historie dla dzieci i ten, kto ma słabe nerwy powinien iść jak najszybciej spać. Oczywiście słuchaliśmy tego z wielką uwagą, z otwartymi szeroko buziami, aż do północy. A potem baliśmy się iść spać do sąsiedniego, ciemnego pokoju. A zresztą o spaniu nie było mowy. Mama po każdej takiej opowieści mówiła, że ostatni raz pozwala nam słuchać tych bredni. Naszą wyobraźnię rozpalały przede wszystkim historie o tak zwanych farmazynach – ludziach o diabelskich mocach. Mieli nimi być właściciele majątku w sąsiedniej wsi, u których pracowało wielu mieszkańców naszej miejscowości. Jeździli oni, według opowieści, na czarnych rumakach i mieli czarnego psa z błyszczącymi oczami. Pojawiali się w różnych miejscach jak zjawy. Potrafili nakryć na gorącym uczynku złodzieja jabłek, bo czytali mu w myślach. W farmazynów też oczywiście się bawiliśmy.

A teraz dzieci mają Harry’ego Pottera.

Jeśli czytają Harry’ego Pottera i ta książka rozpala ich wyobraźnię, to bardzo dobrze. Dziś dzieci najczęściej mają zabawki z bajerami, elektroniczne gadżety, gry komputerowe, mnóstwo różnorakich atrakcji. To wszystko jest jednak takie oczywiste. Nie daje pola do rozwijania wyobraźni. Mam wrażenie, że to bardzo ogranicza dzieci, a może nawet upośledza ich pomysłowość, rozleniwia je pod tym względem. Dziś w grze komputerowej jest już cała historia, bohaterowie, sceneria. Dzieci niewiele mają tu do powiedzenia, nie muszą nic wymyślać. Te nasze bitwy na śnieżki to przecież też były gry, ale analogowe. Tyle tylko, że sami je kreowaliśmy i z tego mieliśmy największą frajdę. Jako dzieci mieliśmy niewiele, wszechobecny brak wzniecał kreatywność. Nie chcę przez to powiedzieć, że kiedyś było lepiej. Oczywiście nie było. Stwierdzam tylko, że czasem ograniczenia mogą dużo dać i można dzięki nim wiele zyskać. Dla niektórych dzieci, jeśli w tym pomogą rodzice, te dziwne pandemiczne ferie mogą być wspaniałą przygodą, mogą być otwarciem do świata wyobraźni. I to bez basenów i stoków, bez modnych ciuchów narciarskich. To by była wielka szkoda, gdyby dzieci miały spędzić ferie, albo szerzej – dzieciństwo, przykute do komputerów i telefonów, kiedy poza nimi tak dużo się dzieje.

Ale może dla dzieci to, co dla pana było atrakcyjne, jest nudne? Może one już są tak zatopione w internecie, że zwykła opowieść o duchach albo rzucanie się śniegiem, to są rzeczy nieciekawe albo wręcz żenujące? Obawiam się, że w dobie transformersów dzieci zwyczajnie wyśmiałyby pana farmazynów.

I tu się pani grubo myli! Mam prawnuki w wieku szkolnym i opowiadam im różne niesamowite historie. Nie zauważyłem, żeby się nudziły. Wręcz o opowieści proszą. Gdy ja byłem dzieckiem, to zabawy rodziły się w naszych głowach w sposób spontaniczny, byliśmy w tym wymyślaniu wytrenowani. Boję się, że wyobraźnia obecnych dzieci jest uśpiona. Rodzice i dziadkowie powinni pomóc ją rozbudzić. To oni muszą sprawić, żeby to, co zwykłe, stało się niezwykłe. Wydaje mi się, że komputery ukradły dzieciom dzieciństwo. Że przez nie dzieci są smutniejsze, czerpią mniejszą radość z zabawy. Są jakby zamknięte. Komputery są wspaniałe, ale nie powinny być całym życiem dzieci.

No dobrze, ale czy w zimie tylko rzucaliście się śnieżkami i słuchaliście niesamowitych opowieści?

Zjeżdżaliśmy na sankach. Wielu z nas je miało, bo były wykorzystywane do przewożenia różnorakiego towaru np. mąki czy – jak już mówiłem - opału. Wypychaliśmy też worki sianem i na nich zjeżdżaliśmy. Niektórzy wykorzystywali do tego zniszczone beczki lub po prostu to, co mieli pod ręką. Starsi koledzy jeździli na nartach, prawdopodobnie zachowały się w ich domach jeszcze z czasów przedwojennych. Organizowano nawet zawody w zjazdach lub skokach narciarskich. Wielką atrakcją dla dzieciaków były kuligi, choć odbywały się one najczęściej tylko w święta.

Mówił pan o zjazdach, ale właściwie z czego zjeżdżaliście? Mieliście górkę?

Do zjazdów wykorzystywaliśmy naturalne górki. Mieliśmy np. taką, z której można było zjechać na łąkę aż do rzeki. No i oczywiście wpadaliśmy do niej. Na szczęście była płytka i nikt się nie utopił. Chodziliśmy też do pobliskiej żwirowni, po wydobytym piasku pozostawały doły i wzniesienia. Można było na nich urządzać wspaniałe tory do zjazdów. Górki były też przez nas usypywane ze śniegu. Na takich torach tworzyliśmy wybrzuszenia, które wyrzucały saneczkarza w powietrze. Narciarze usypywali sobie skocznię i robili konkursy, kto skoczy dalej. Osobną kategorią były ślizgawki. Wystarczyło wylać wodę w czasie mrozu i zabawa gotowa. Ślizgaliśmy się na butach, niewielu z nas miało prawdziwe łyżwy. A zresztą, co tu kryć, z butami też było kiepsko. Robiliśmy sobie obuwie z miękkiego drewna. W zasadzie tylko podeszwa była wystrugana z drewna, a wierzch był ze skóry lub jakiejś mocnej tkaniny. Dziś na takie buty mówi się chodaki lub drewniaki. My nazywaliśmy je korki. Do podeszwy można było przytwierdzić metalowe pręty lub jakikolwiek element metalowy i ślizgać się do upadłego. Chodziliśmy też na zamarznięte jezioro, choć akurat za to dostawaliśmy potężne cięgi od rodziców. Lód na nim nie był równomiernie gruby i zarywał się w niektórych miejscach. Na jeziorze odbywały się mrożące krew w żyłach zawody. Chłopcy, którzy ze sobą rywalizowali, wyzywali się na pojedynki polegające na przejściu lub przejechaniu po lodzie jezioro na tym najbardziej newralgicznym odcinku. Tu do głosu dochodziła chłopięca duma. Wyzwany, który nie podjął próby, miał przechlapane. Był uważany za mięczaka.

Akurat tego byśmy dzieciom spędzającym ferie w pandemii nie polecali.

No nie, tego nie. Ale to pokazuje, że świat dziecięcy bywa okrutny. I dziś to się nie zmieniło, tylko być może zagrożenia są inne. Wtedy chodziło o przejście po cienkim lodzie, a dziś może chodzić o spróbowanie dopalacza czy alkoholu. Teraz mamy też do czynienia z zagrożeniami w internecie. Życzyłbym dzieciakom i ich rodzicom, żeby się wyluzowali i wyszli z domu, choć oczywiście nie wolno lekceważyć restrykcji pandemicznych. Dla głowy, powiew świeżego powietrza jest potrzebny. I mam tu na myśli sens mentalny. Dzieci muszą się wyszaleć, wyszumieć. Jak mają to zrobić w internecie? Mam wrażenie, że dzieci tkwią w kwarantannie nie tylko teraz, gdy walczymy z pandemią. One przebywają w niej już od dawna. Chciałbym, żeby ich rodzice to zrozumieli i wyciągnęli dzieciaki na ślizgawki, górki, zbudowali im skocznie narciarskie, wyszli z nimi na zwykły spacer.

POLECAMY NA STRONIE KOBIET:

Materiał oryginalny: Tak kiedyś bawiono się na śniegu! Sanki, górki, bitwy na śnieżki. Niezwykłe zdjęcia sprzed lat. "Wyciągajmy dzieci na ślizgawki" - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie