Kręcili tu "Pancernych" trzy dni i dwie noce. Opowiada się o tym do dziś. Powstał nawet film dokumentalny

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Janek wkrada się do maszynowni mostu zwodzonego w Sztutowie, w odc. XVI pt. "Daleki patrol".
Janek wkrada się do maszynowni mostu zwodzonego w Sztutowie, w odc. XVI pt. "Daleki patrol". Kadr z filmu "Czterej pancerni i pies"
To jest licząca 102 minuty opowieść niekoniecznie o filmowej kuchni czy jednym z najsłynniejszych polskich seriali i niektórych jego epizodach. Marcin Wolski, młody mieszkaniec pomorskiego Sztutowa, zafascynowany legendą, jaka powstała w jego rodzinnej miejscowości po wizycie ekipy serialu "Czterej pancerni i pies", proponuje niesamowitą podróż w czasie. Filmowy dokument o niezwykłym wydarzeniu w dziejach małego Sztutowa przygotował własnym sumptem - można go oglądać na youtube, za darmo.

Grigorij był łysy, były dwa psy odgrywające role Szarika, kilkanaście czołgów, którymi odbywały się krótkie przejażdżki dla miejscowych dzieci, a okręt podwodny z odcinka Fort Olgierd wynurzył się na wysokości portu w Piaskach. Mężczyźni byli zachwyceni Polą Raksą, a kobiety Jankiem... Na czynniki pierwsze rozłożył historię nagrywania "Czterech pancernych i psa" na Mierzei Wiślanej Marcin Wolski, mieszkaniec Sztutowa. Niedawno zakończył pracę nad dokumentem "102 minuty opowieści", o tym jak serial powstawał w Sztutowie i okolicach". Od połowy czerwca, kiedy Wolski umieścił go w serwisie youtube, obejrzało go ponad 2 tys. ludzi.

Sztutowo urban legend

W Sztutowie wizyta filmowców pod koniec lat 60. XX wieku wciąż jest pamiętana. To nadal żywa historia, choć przez lata narosło wokół niej sporo plotek i nieścisłości.

- Przez lata mówiono, że sceny z odcinka nr XVI pt. Daleki patrol, dziejące się na moście zwodzonym, kręcono w Rybinie. Miejscowi wiedzieli, że to nieprawda, że to nasz most wystąpił w tym epizodzie - mówi Marcin Wolski. - Niewiele osób wiedziało, że serial kręcono także w niedalekiej Stegnie, czy w Krynicy Morskiej i Piaskach.

Oficjalnie zwodzony most w Sztutowie (na Wiśle Królewieckiej), od ubiegłego roku nosi oficjalne miano "Mostu czterech pancernych", czym usankcjonowano wcześniejsze, nieoficjalne miano. Wkrótce mają zostać zainstalowane na przeprawie, którą zdobywali Janek, Gustlik i spółka, specjalne tablice informacyjne.

Marcin Wolski jest po trzydziestce. Opowieści o tym, że ekipa filmowa "Czterech pancernych i psa" była w okolicy, znał z opowieści mamy, babci i innych mieszkańców Sztutowa. Jednak to on po raz pierwszy opowiedział całą tę historię w sposób kompleksowy, wielowątkowy.

- O tym jak "Czterech pancernych kręcili w Sztutowie, słuchałem od najmłodszych lat. Bez wątpienia jest to ważna część lokalnej historii, dziejów najnowszych miejscowości, w której mieszkam od zawsze, z którą się utożsamiam - tłumaczy Marcin Wolski. - Nie chciałem, by ona zginęła, została zapomniana. Spójrzmy, serial kręcili ponad pół wieku temu. Wielu ludzi, którzy uczestniczyli w tamtych wydarzeniach ma już ok. 80 lat, a wielu innych już nie żyje. Za to wszyscy powtarzali, że tych kilka dni w październiku 1968 roku, to było po prostu ogromne wydarzenie. Tacy aktorzy, czołg, Rudy, Szarik... Tak popularny film w Sztutowie, bardzo małej miejscowości? To było coś.

Filmowcy pracowali w Sztutowie 2-3 dni i dwie noce - stosunkowo krótko, jak na legendę, którą w miejscowości obrosło to wydarzenie. W nocy słychać było serie z broni automatycznej i wystrzały cięższego kalibru. Huk działa czołgu T-34 (Rudego) zdobywającego most, sprawił, że w pobliskiej kuźni wyleciały wszystkie szyby. Wytwórnia pokryła potem straty kowalowi.

- Z przyjemnością wysłuchałem wszystkich opowieści. Ciekawiło mnie to niezmiernie - o czym ludzie rozmawiali z aktorami, z członkami filmowej ekipy, jak powstawały poszczególne sceny. Bardzo wiele pozytywnych komentarzy dotarło do mnie po tym, jak film już się ukazał. Córka Tadeusza Matusiaka, pierwszego dyrektora Muzeum Stutthof, który zmarł niecały rok temu, dziękowała mi za ocalenie od zapomnienia jego opowieści - mówi Marcin Wolski. - Mówili, że wzruszyli się, widząc go na ekranie.

Każdy to widział

Plenery w Sztutowie możemy oglądać w odcinku XVI, II serii serialu pt. "Daleki patrol". Załoga Rudego (nr taktyczny 102) dostaje rozkaz opanowania mostu zwodzonego w miejscowości Kreuzberg i umożliwić zdobycie miejscowości. Do mostu podpływa łódką (wypożyczoną od sztutowskiego stolarza) Janek. W czasie kręcenia tej sceny Gajos wpadł do wody. W serialu jest końcówka kwietnia, w rzeczywistości film kręcono w październiku. Aktor musiał się po tym zdarzeniu szybko ogrzać.

W serialu, gdy most udało się opanować, czołgiści wyzwalają obóz koncentracyjny. W finale epizodu uwolnieni więźniowie długo patrzą na pancerniaków.

- Przyznam, że wzruszyłem się oglądając tę scenę - mówił Tadeusz Matusiak, pierwszy dyrektor Muzeum Stutthof.

Józef Jaworski, który w tamtym czasie pracował w Muzeum, wspomina budowę repliki bramy śmierci obozu koncentracyjnego w filmowym Kreuzbergu, którą pancerni rozwalają czołgiem w jednej ze scen odcinka "Daleki patrol".

- Było mnóstwo gapiów, wielka liczba ludzi - opowiadał Jaworski.

Jan Ptasznik, świadek tamtych dni wspominał, że istniało zagrożenie, że któryś z gapiów naruszy kable wysokiego napięcia, które zasilały oświetlenie. By zabezpieczyć plan zdjęciowy, ściągnięto milicję i ORMO.

Marek Pacewicz i Ryszard Horczak wspominali, że czołgów T-34 na planie zdjęciowym było kilkanaście, z czego kilka "grało" Rudego. Były przejażdżki dla dzieci, można było wejść do wnętrza czołgu. - Byliśmy wtedy dziećmi, i to wszystko nas fascynowało. To była frajda, atrakcja. W Sztutowie wielkie wydarzenie - mówił Pacewicz.

Jacek Łukasik, Antoni Gałka, wówczas żołnierze, zostali oddelegowani do pomocy przy serialu. Mieli niemieckie mundury, stacjonowali w namiotach, niedaleko... krematorium. Jacek Łukasik wspominał, że żołnierze rozpieszczali psy grające Szarika, aż trzeba było je zamykać w kojcu.

- Praca przy filmie to była przygoda, może zaszczyt, a na pewno i urlop. To było lepsze niż służba w koszarach - podkreślał Jacek Łukasik, który zmarł przed emisją dokumentu.

Do legendy przeszła biesiada, jaką rodziny miejscowych rybaków urządziły dla ekipy filmowej. Były najlepsze wędzone ryby, zastawę ludzie przynieśli z domów. Każdy chciał porozmawiać, przytulić się z Jankiem.

Baza noclegowa ekipy filmowej była w Krynicy Morskiej. Aktorów regularnie widywał Andrzej Marczyk, w tamtym czasie jeden z krynickich latarników. Podobnie jak cała męska grupa świadków produkcji, z głębokim oddechem wspomina spotkanie z piękną Marusią, którą grała Pola Raksa.

- Była Pola Raksa, oczywiście. Widziałem Małgorzatę Niemirską (filmowa Lidka), poznałem się z psami grającymi Szarika - opowiada Marczyk. - Franciszek Pieczka był fajny, ale najfajniejszy był ten co grał Grigorija (Włodzimierz Press - red). Wy widzieliście go z czupryną, a on łysy jak kolano był...

Ekipa filmowa odwiedziła mały dom dziecka, któremu szefowali wówczas Danuta i Stanisław Ignaciukowie. Pani Danuta osobiście złożyła zaproszenie u producentów. Po tamtym spotkaniu został autograf Franciszka Pieczki i fotos Janka z Marusią.

- Byli Gustlik, Grigorij... Janka nie było (inni pamiętają, że Janek jednak był...) - wspominał Zbigniew Bieliński, który był jednym z dzieci przebywających w domu dziecka (dziś mieszka w USA). - To była krótka, ale niesamowita wizyta. Byliśmy zachwyceni. Powiedzieli nam, że "Szarików jest dwóch". Gdyby film był kolorowy, dałoby się dostrzec różnicę, bo jeden z psów miał nieco jaśniejszą maść. Kiedy później oglądaliśmy odcinek nakręcony w Sztutowie, to byliśmy nieco rozczarowani. W porównaniu do tego, ile u nas kręcili, w telewizji była zaledwie migawka. Strasznie krótkie są te ujęcia Sztutowa.

Inne odcinki Czterech pancernych powstawały w okolicach miejscowości, m.in. w niedalekiej Stegnie. W epizodzie 12 pt. Fort Olgierd, scenę z wynurzającym się niemieckim okrętem podwodnym nakręcono przy plaży w Piaskach. Waldemar Godkowski widział, jak powstawała ta scena. Opowiada jak swoim własnoręcznie zbudowanym z różnych części motocyklem pokazywał kaskaderom ekipy filmowej skoki przez wydmy. - Nie ukrywam, że chciałem się przed Polą Raksą pokazać. Wszyscy byli zdziwieni, że ktoś z takiego zadupia jak Piaski, potrafi tak jeździć - mówił Marcinowi Wolskiemu Godkowski.

Jedną ze scen odcinka 8, pt. Brzeg morza nakręcono w Krynicy Morskiej. - Wyglądało to tak, że Marusia i Janek szli po plaży i rozmawiali, podchodziła do nich kobieta, matka szukająca syna Mareczka. W wodzie widać pozostałości krynickiego molo. Kamera na wózku podążała z nimi. Za kamerą, przy wydmach przyglądali się i dopingowali aktorów wszyscy mieszkańcy Krynicy. Tłum - mówi Marek Kacpura, mieszkaniec nadmorskiego miasta. - Zanim do nas ekipa zawitała, podobnie jak wielu moich rówieśników byłem fanem serialu. Bawiliśmy się w pancerniaków, mieliśmy Rudego... Nie wiem jakim cudem, mój ojciec skombinował od filmowców hełmofon czołgisty dla mnie. Dzięki temu miałem w Krynicy status gwiazdy.

Dlaczego tu?

Wiele wskazuje, że na lokalizację serialu w Sztutowie i okolicach wpłynął sam Tadeusz Matusiak. W 1962 roku został dyrektorem Muzeum Stutthof. Jak wspominał, w muzealnym kinie, nie było czego puszczać.

- Potrzebowaliśmy czegoś aktualnego, w formie filmu fabularnego - mówił Tadeusz Matusiak. - Pewnego razu zapytałem w Wytwórni Filmowej Wojska Polskiego Czołówka, czy oni mogą coś z tym problemem zrobić.

Po kilku tygodniach od tej rozmowy do Matusiaka zgłosił się jeden z producentów "Czterech pancernych i psa". Na wejściu krzyknął: "Robimy"! Zaproponował, że jeden z epizodów nakręcą w Muzeum Stutthof, który miałby odegrać inny obóz koncentracyjny. Nie mogło to być "1:1", bo to przecież Armia Czerwona wkroczyła do Stutthofu 9 maja 1945 r. Jednostek LWP tu nie było.

- Serial był szalenie popularny, trochę w "kowbojskim" stylu. Jego potęga dała nam bardzo wiele. Ludzie zaczęli się interesować historią Stutthofu. Ten serial był ludzki, z dylematem Janka czy wybrać Marusię czy Lidkę, z kucharzem kradnącym konserwy, pokazującym szeregowych żołnierzy - wspominał Matusiak.

- Spójrzmy dziś na ten film pod kątem aktorskiego kunsztu, szczególnie młodziutkiego wówczas Gajosa - mówi Jan Kasicki, sztutowianin.

Dr Tomasz Gliniecki, historyk Muzeum Stutthof przyznaje, że "Czterej pancerni i pies" w żadnym razie nie są serialem historycznym.

- To jest serial przygodowy oparty na wojnie, na niektórych jej rzeczywistych epizodach, choć nie do końca przedstawionych zgodnie z faktami. Należy pamiętać, że w czasach, kiedy powstawał serial, przedstawianie historii było trudne, wstrzymywane przez cenzurę, właściwie nie do opowiedzenia. Dopiero od kilkunastu lat wiemy, jak ta historia wyglądała, jak zachowywali się żołnierze Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte - mówi Tomasz Gliniecki. - To, co mamy w serialu to fajna, ciekawa opowieść o kilku ludziach, którzy się zżyli, z wojną w tle. Przyjemność z oglądania zostawmy sobie w kategoriach przygody.

Pieniędzy nie chcę

Plan Czterech pancernych w Sztutowie i okolicach wspomina przed obiektywem Marcina Wolskiego 15 osób. Rozmowy uzupełniają materiały archiwalne - fotosy z planu z archiwum Muzeum Stutthof, jest autograf zachowany przez państwa Ignaciuków z ówczesnego domu dziecka. Są również fragmenty serialu oraz jeden z numerów Dziennika Bałtyckiego informujący o "castingu" na statystów do serialu, który miał miejsce w Żaku. Szukano osób szczupłych, krótko ostrzyżonych lub łysych - mieli odgrywać więźniów obozu. Do filmu załapało się kilkadziesiąt osób, ale zgodnie z relacją Tadeusza Matusiaka, scenarzysta znaczną część z nich z planu wylał. - Za "dobrze" wyglądali". Znalazł w zamian pasujących mu ludzi we wsi - wspomina w filmie Wolskiego Tadeusz Matusiak.

Marcin Wolski przeanalizował scenę w obozie koncentracyjnym, tę która tak mocno wzruszyła dyrektora Matusiaka, klatka po klatce. Dzięki pomocy rozmówców, m.in. Wandy Banach, zidentyfikował pięcioro miejscowych, którzy zostali zaangażowani do roli więźniów - to Jan Banach, Czesław Łuczkiewicz, Bolesław Błaszkowski, Adam Bąbel i Weronika Zwiewka.

- Obawiałem się tego, że niektóre z relacji mogą być podkoloryzowane. Jednak wiele historii, jak np. to, że w czasie kręcenia ujęć zdobywania mostu Janusz Gajos grający Janka wpadł do zimnej rzeki i zgubił pistolet (broni szukano bezskutecznie, znalazł ją dopiero nurek - red.), potwierdziły mi dwie różne osób - mówi reżyser.

W trakcie montażu dokumentu odeszli Tadeusz Matusiak i Jacek Łukasik.

- Nie zdążyłem porozmawiać z Edmundem Benterem, dawnym wicedyrektorem Muzeum Stutthof, który doskonale pamiętał tamte wydarzenia. Byliśmy umówieni, ale w międzyczasie zmarł. Nie udało się odnaleźć zdjęcia, na którym córka Tadeusza Matusiaka stoi na Rudym, a wiele osób wspomina, że taka fotografia została wykonana. Żałuję, że nie udało się porozmawiać z żadnym z aktorów. Małgorzata Niemirska podobno nawet nie chce słyszeć o "Czterech pancernych", Włodzimierz Press niewiele pamięta z tamtych czasów - taką dostałem odpowiedź od jego syna - mówi dokumentalista.

Dokument Wolskiego uzupełnia za to swoimi wspomnieniami Michał Nałęcki, syn Konrada Nałęckiego, reżysera filmu. Opowiada, jak przez niemal trzy lata ojciec zabierał go na plan filmowy. W jednym z odcinków zagrał amerykańskiego żołnierza, Harry'ego, z którymi nad Łabą spotykają się polscy pancerniacy.

- To był najważniejszy film mojego ojca, choć jego filmografia jest całkiem pokaźna - mówi Michał Nałęcki o "Czterech pancernych i psie". - Serial miał trzy serie, wzbudzał ogromne zainteresowanie, zatem musiał trzymać poziom. Plener w Sztutowie pamiętam. Mijałem miejscowość, gdy wielokrotnie jeździłem z moimi dziećmi na wakacje, do Kątów Rybackich.

Marcin Wolski w Sztutowie się urodził, wychował, uczył się grać w piłkę nożną (bronił nawet bramki Reprezentacji Polski w tzw. beach soccerze, czyli plażowej odmianie futbolu). Dziś prowadzi swoją firmę EON, która zajmuje się wideo filmowaniem, m.in. z drona, fotografią.

- "Lutowałem" film przez lata. Pierwszą rozmowę nagrałem z panią Szloser w lipcu 2017 r. Ostatniego zarejestrowałem Marka Pacewicza w kwietniu tego roku. Montaż trwał na bieżąco. Poszczególnych rozmówców "dokładałem". Cała praca zajęła cztery lata jak widać, choć oczywiście nie skupiałem się tylko na tym projekcie. Praca przyspieszyła w roku ubiegłym, w okresie pandemicznego lokcdownu. Miałem wówczas mnóstwo czasu, by pracować nad "102 minutami opowieści" - mówi.

- Nie ukrywam, że chciałem się sprawdzić, przećwiczyć swoje umiejętności operowania kamerą, montażu. Pod tym względem film może stanowić reklamę moich usług. Natomiast cel stworzenia tej dokumentalnej opowieści nigdy nie był komercyjny. Po co miałbym chcieć otrzymać za to pieniądze? Nie na wszystkim trzeba zarabiać. Moja motywacja była czysto społeczna. Zachować tę niezwykłą historię Sztutowa.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie